W UCHU CYKLONU – czyli afera audialna

„Całe dostępne nagranie” rozmowy, od której rozpoczęła się obecna afera podsłuchowa, przeładowane jest informacjami, których przeciętny wzrokowiec nie ma w zwyczaju przyswajać. Od czasu publikacji materiału dźwiękowego w sieci minęło już ładnych kilka dni, a media i ich odbiorcy wciąż, w sprawie tak zwanych „taśm”, błądzą jak dzieci we mgle. Nie powinno to nikogo dziwić: ktoś, kto sterował upublicznieniem dyskusji panów Sienkiewicza, Belki i Cytryckiego zaserwował nam nie tylko polityczne trzęsienie ziemi, ale też najprawdziwszą burzę informacyjną. Natomiast rzeczą absolutnie kluczową jest tu fakt, że w oku medialnego cyklonu znalazło się tym razem nie zdjęcie, nie film, nie projekt ustawy czy spisany dokument, a ponaddwugodzinny plik dźwiękowy. Dla zdominowanej przez kulturę wizualną zbiorowości jest to przedmiot ulotny, obcy i absolutnie niezrozumiały.

Na najbardziej podstawowym poziomie mój postulat tyczyłby się oczywiście konieczności uważnego wysłuchania i zrozumienia wszystkich słów wypowiedzianych przez podsłuchanych polityków – już pod tym względem redakcja „Wprost” spektakularnie poległa przy spisywaniu stenogramów. Jednak na nagraniu znalazło się również zatrzęsienie innych dźwięków, a przynajmniej niektóre spośród nich domagają się przemyślenia i głębszej analizy, paradoksalnie one też mogą nam sporo powiedzieć o twórcy pliku.

O ile ktoś zdołał wysłuchać w całości zamieszczone w sieci nagranie, zapewne i tak odruchowo przewinął początkowych 26 sekund niezwykle nieprzyjemnych dla ucha szumów i trzasków. Jednak w kontekście rejestracji dźwięku moment rozpoczęcia i zakończenia nagrania jest tym, czym kadrowanie jest w fotografii – powinniśmy więc przysłuchać się uważnie, co znalazło się w dźwiękowym kadrze, a co pozostało poza nim. Na wstępie jest więc 14 sekund hurczącego łomotu, z którego co i rusz wyłaniają się głośniejsze dudnienia, potem następuje około 7 sekund cichszych usterek, na tle których słyszymy już głosy polityków, następnie kolejne cztery sekundy dudniącego w uszach zgrzytania, po którym dopiero (około 25. sekundy nagrania) słychać już klarownie rozmowę. Szmery te nie są bez znaczenia – to zapewne dźwięk mikrofonu pocieranego przez materiał ubrania albo skórę dłoni osoby wnoszącej pluskwę na salę. Głośniejsze dudnienia odpowiadają krokom podsłuchującego. Szum mikrofonu mającego styczność ze skórą lub materiałem jest brzmieniem dość typowym, stosunkowo trudnym do pomylenia, choć zastrzec należy, że przy tej jakości udostępnionego nagrania wszystko pozostaje jedynie w sferze domysłów.

skala

Obwiednia dźwięku pierwszych 25 sekund nagrania w porównaniu z późniejszym poziomem głośności.

Pod sam koniec tej hałaśliwej sekwencji, ma jednak miejsce (00:24-00:25) dźwięk zupełnie inny od poprzednich – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – prawdopodobnie możemy tu usłyszeć mikrofon. Znowu wobec jakości nagrania rzecz pozostaje jedynie interpretacją, ale jest to brzęknięcie podobne do tego, jakie wydałby mały breloczek wrzucany do niewielkiego wazonika (przedmiot odbija się od dna naczynia, słychać typowy „butelkowy” pogłos). Ważne jest jednak nie to, czego możemy się domyślać na tej podstawie o technologii zastosowanego podsłuchu, ale to, co z tej 25-sekundowej sekwencji dźwiękowej wynika. Otóż ktoś wchodzi do pomieszczenia, w którym już rozmawiają dwaj politycy i dopiero wtedy ukrywa mikrofon (albo też nagranie zostało tak umiejętnie zmontowane, żebyśmy mogli tak pomyśleć). Pracownicy restauracji, a być może nawet sami politycy, mogą z łatwością zidentyfikować na tej podstawie osobę, która umieściła podsłuch. Nie mamy tu więc do czynienia z nagraniem, z którego wycięty zostałby proces ukrywania mikrofonu. Co za tym idzie, Polską nie trzęsie „spisek kelnerów”, o którym rozpisywała się jeszcze wczoraj Gazeta Wyborcza – osoba bezpośrednio odpowiedzialna za podsłuch bardziej postarałaby się o zatarcie dowodów swoich działań. W zaistniałej sytuacji można raczej przypuszczać, że osoby nagrywające i zastosowane przez nie techniki zostały podane organom ścigania… na tacy.

Skoro mowa była o „wykadrowaniu” nagrania, warto sięgnąć też do jego zakończenia. Urywa się ono bowiem (2:11:23) w połowie zdania, akurat w momencie, w którym prezes NBP – po kilkudziesięciominutowej dygresji – porusza temat swojej pozytywnej (!) oceny działań ministra Rostowskiego w sprawie OFE. Twórca pliku w tym miejscu bezpardonowo ucina nagranie. Oczywiście może być to efekt usterki technicznej podsłuchu (rozładowania się baterii lub zapełnienia karty pamięci w urządzeniu nagrywającym) i nie można tego logicznie wykluczyć. Byłoby jednak wyjątkową naiwnością wierzyć ślepo, że nagranie urywa się w tak newralgicznym momencie przez przypadek. Pozwalałoby to przynajmniej podejrzewać, że o ile twórcy pliku nie zależało (łagodnie mówiąc) na „kryciu” osób, które podłożyły podsłuch, o tyle bez skrupułów manipulował on kształtem upublicznionych wypowiedzi polityków. Manipulacji tych mógł dopuścić się – subtelniejszymi metodami – również w toku nagrania.

Wróćmy więc do początku. Pierwszych dziesięć minut pliku stanowczo różni się pod względem otoczenia akustycznego od późniejszego przebiegu rozmowy – w tle słychać muzykę, szumy samochodów dobiegające z ulicy, brzęk naczyń, tło akustyczne jest więc bogate. Sytuacja zmienia się diametralnie około 11:40, kiedy to cichnie zupełnie muzyka, a pomieszczenie, w którym odbywa się rozmowa, zostaje zamknięte i wyciszone. Jeśli pokój, w którym podsłuchiwano polityków, media określają mianem „studia”, to trudno się z tym nie zgodzić – warunki do nagrywania stworzono tam idealne. Szczególnie zastanawiające jest zupełne wyciszenie muzyki tła. Jest ona oczywiście – typowym dla restauracji – hałasem utrudniającym prowadzenie nagrań, ale jej obecność stanowi jeszcze jedną ogromną przeszkodę dla podsłuchującego: praktycznie uniemożliwia późniejszą manipulację wypowiedzi poprzez montaż pliku. Logika i rytm języka w połączeniu z czasowym przebiegiem utworów muzycznych doprowadziłyby do tego, że niełatwo byłoby pociąć i niepostrzeżenie zmanipulować którykolwiek z fragmentów rozmowy.

Nie podejmę się wyszukania w nagraniu miejsc, w których możliwa była edycja materiału dźwiękowego – tym bardziej nie dysponuję narzędziami, żeby taką manipulację udowodnić, choć trzy fragmenty, 16:10-16:30, 23:20-23:30, 30:10-30:30, budzą moje wątpliwości ze względu na nagłe (i tylko pozornie uzasadnione wejściami kelnera, lub wznoszonym toastem) urwania wątków rozmowy. Dodajmy, że we wszystkich tych przypadkach „dokończenie wątku” działałoby niewątpliwie na korzyść wizerunku osoby podsłuchiwanej. O wiele łatwiej jednak niż udowodnić manipulację plikiem, jest ją samodzielnie wykonać – poniżej załączam słynny fragment (1:25:20 i dalej) o Polskich Inwestycjach Rozwojowych ale… pozbawiony wulgarnego bon motu ministra Sienkiewicza.

Wycięcie kompromitującego passusu o „chuju, dupie i kamieni kupie” zajęło mi w sumie kilka minut i nie potrzebuję dysponować w tym celu ogromnym doświadczeniem, ani specjalistycznym sprzętem – wystarczy oprogramowanie powszechnie dostępne w sieci. Jeśli więc prawdą byłoby, że celem „źródła” nagrań było uderzenie w wizerunek nagranych polityków, wówczas można by się zastanawiać, czy w podobny sposób nie „zniknęło” z opublikowanej rozmowy parę ważnych kwestii, które akurat nie pasowały do tego (lub innego) zamierzenia. Wszelkie publikowane w toku afery nagrania nie mogą być przecież traktowane bezkrytycznie – musimy mieć świadomość, że usłyszymy dokładnie to, co ktoś zechce, abyśmy usłyszeli, a możliwości edytowania nagrań są ogromne. Podobne manipulacje nie są wcale łatwe do wykrycia – na poniższym spektrogramie „ocenzurowanego” przeze mnie nagrania nie sposób dostrzec śladów dokonanego zabiegu.

manipulaspektr

Już wobec tych kilku powierzchownych obserwacji widać więc, że mamy do czynienia z aferą zupełnie nietypową, której audialne źródło nieznanego pochodzenia należy poddać uważnej krytyce. Ilość informacji zawartych w nagraniu dźwięku jest właściwie nieograniczona, a wycięte z kontekstu urywkowe stenogramy cytowane w mediach tylko przeinaczają i zubażają przekaz przyczyniając się do prawdziwej lawiny dezinformacji. Chcąc dać jej odpór możemy jedynie zamknąć oczy i wsłuchać się w trzeszczące dźwięki nagrań jak w dziwną audycję radiową.­­ Jednak nawet słuchając na własną rękę tak zwanych „taśm prawdy” musimy zdawać sobie sprawę, że tak jak nigdy nie miały one nic wspólnego z taśmą magnetofonową, a ich nośnikiem są pliki cyfrowe, tak też zawarta na nich „prawda” jest wytworem czyjejś kreatywności, i jako taka uszyta została na miarę swego twórcy.

Krzysztof Marciniak

źródło: http://www.glissando.pl/artykuly/w-uchu-cyklonu-czyli-afera-audialna/

Reklamy

skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s