366 dni nieustannego słuchania

subiektywne podsumowanie roku 2012.

Miniony rok był dla mnie czasem coraz głębszego zapadania się w pejzaż dźwiękowy. Siedzę w nim po uszy i nie potrafię puścić go mimo uszu. Ekologia akustyczna przestała być już dla mnie ciekawym tematem czytanej książki lub pisanego artykułu – stała się racją, z którą się utożsamiam, zaś wyczulenie na sprawy środowiska dźwiękowego stało się po prostu częścią mojej codzienności.

366 dni nieustannego słuchania. Fascynujące jest doświadczenie na własnej skórze zanikania granic pomiędzy pejzażem dźwiękowym a muzyką. Ambicja poznania pogranicza tych dwóch pojęć leżała u samych źródeł mojego zainteresowania środowiskiem dźwiękowym. Nie przewidziałem jedynie jak kruchą kategorią jest „muzyka” i że tak łatwo rozsypie się ona pod naporem „pejzażu dźwiękowego”. W miarę zapadania się w ekologię akustyczną coraz bardziej skłonny jestem stwierdzić, że to muzyka – w swej istocie – jest przejawem tęsknoty za pięknem pejzażu dźwiękowego, nie zaś pejzaż dźwiękowy „globalną kompozycją muzyczną” (jak ująłby to R. Murray Schafer). Wszystkie „znalezione” w pejzażu dźwiękowym wartości zyskują tym samym walor autentyzmu, podczas gdy wyrafinowane artystyczne kreacje – czy to odbiorcy czy twórcy – tracą liczne przywileje, którymi szczodrze obdarzyła je kultura. Nagle każdy spacer staje się spacerem dźwiękowym, każda czynność rodzajem gry, każdy dobiegający do uszu dźwięk opatrywany jest znakiem zapytania. Nie zmienia się tylko jedno: tak jak w przypadku muzyki, doświadczenie pejzażu dźwiękowego wymyka się słowu i nie daje się ściśle wyrazić za pomocą językowej wypowiedzi. Nie chcąc więc serwować czytelnikowi bezdźwięcznych opisów, zilustruję swoje słowa nagraniami.

Dopiero zeszły rok uświadomił mi w pełni, jak nierozerwalnie field recording łączy się z ekologią akustyczną. Nagrywanie pejzażu dźwiękowego jest zajęciem nie tylko fascynującym, ale też terapeutycznym. Dźwięk nagrany staje się dźwiękiem oswojonym. Zostaje „złapany do pudełka”. Można go przepuścić przez program komputerowy, obnażając jego spektrum i obwiednię. W innym programie można go dowolnie przetworzyć, pociąć, zdekonstruować, rozciągnąć w czasie. Z chwilą gdy zaczyna się dźwięki nagrywać, przestaje się być wobec nich bezbronnym.

Fieldrecordingowe hobby w dużej mierze wymusiły na mnie czynniki zewnętrzne. Trwająca pod moimi oknami budowa II linii warszawskiego metra może być chyba policzona w poczet najbardziej spektakularnych zaburzeń w pejzażu dźwiękowym stolicy od końca II Wojny Światowej. W skali ostatnich dwóch dekad trudno byłoby w centrum miasta wskazać równie poważną „dźwiękową rewolucję”. Jak to z rewolucjami bywa, na samym początku zapanowała absolutna sielanka. Zamknięcie ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej sprawiło, że ich skrzyżowanie stało się miejscem zupełnie kameralnym. W godzinach wieczornych panowała błoga cisza, dzięki której można było usłyszeć nawet gwizdy pociągów dobiegające z Powiśla (rzecz wcześniej nie do pomyślenia). Była to jednak cisza przed burzą. Krótko po zamknięciu ulic – co nastąpiło już w czerwcu 2011 roku – na plac budowy wjechał ciężki sprzęt i zaczął się trwający okrągłą dobę, 7 dni w tygodniu, koncert młotów pneumatycznych, koparek, świdrów, pomp betonu i ciężarówek. Nie chcąc zwariować w tak nieprzyjaznym środowisku dźwiękowym zacząłem je archiwizować.

Przykład powyżej daje pewne wyobrażenie o tym ekstremalnym pejzażu dźwiękowym. Może warto nadmienić, że to budowlane „tutti” nagrałem w sobotnie popołudnie z okna własnej sypialni. Żadne nagranie nie odda jednak poczucia osaczenia, które ogarnia człowieka zmagającego się z takim środowiskiem dźwiękowym przez bity rok. Hałas działa na ludzki organizm wyniszczająco, a doświadczenie tego na własnej skórze jest równie przykre, co pouczające. W toku rozmów z sąsiadami okazało się zresztą, że każdemu w tej dźwiękowej niedoli doskwierał trochę inny jej aspekt. Podczas gdy mnie zamęczały nieustanne drony silników maszyn, kogo innego do szału doprowadzały rytmiczne piski cofających się ciężarówek itd…

Zawsze skłonny byłem jednak bronić pewnych walorów estetycznych środowiska lo-fi i nie inaczej jest w tym wypadku. Przykładowo w dźwięku rozbijających zbrojony beton młotów pneumatycznych frapujące jest wszystko: kolejne „serie” rytmicznych uderzeń, z których każde jednak trochę różni się od pozostałych, bo przecież każde uderzenie obłupuje kawałki bryły i każde trafia w trochę inny jej punkt, inny materiał. Zmienia się więc nieustannie wysokość dźwięku. Pomiędzy seriami uderzeń następują zaś długie pauzy, w których z napięciem oczekuje się na kontynuację. Do tego ta dynamika ffffff. Wszystko razem sprawia, że w psychodelicznym brzmieniu młotów pneumatycznych jest zarówno coś z serii karabinowej, z gry na kastanietach, jak i ze śpiewu ptaków.

Nagranie poniżej pochodzi z czasu mistrzostw Europy w piłce nożnej. Dwa młoty tłukły wtedy na tle rozmywających się dźwięków koncertu dobiegających ze „strefy kibica” po meczu Czechy-Portugalia 22 czerwca (parę minut przed północą).

Jakkolwiek jest w tej mojej fascynacji młotami pneumatycznymi coś z syndromu sztokholmskiego, to właśnie setki godzin ekspozycji na ich brzmienie stanowiły dla mnie najbardziej wstrząsające doświadczenie dźwiękowe minionego roku.

Na początku lata postanowiłem jednak przejrzeć swoje nagrania i z przykrością stwierdziłem, że przytłaczająca większość zebranego przeze mnie materiału dokumentuje hałaśliwe miejskie środowiska lo-fi. Nie ma co marzyć o przywróceniu zdrowych proporcji w pejzażu dźwiękowym, skoro nawet we własnym cyfrowym archiwum przechowuje się sam hałas. Dodatkowo zmotywowany atmosferą panującą na konferencji „The Global Composition” w Darmstadt postanowiłem zacząć naprawiać dźwiękowy świat od dysku własnego komputera.

Pejzaż dźwiękowy jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech wyróżniających każdą przestrzeń. To właściwości środowiska dźwiękowego w dużej mierze decydują o tym, jak odbieramy dane miejsce – jaka panuje w nim „atmosfera”. Zasadniczo im więcej jest dźwięków lubianych i oswojonych, im są one subtelniejsze i im bardziej uporządkowane, tym bezpieczniej się czujemy. Im więcej zaś dźwięków niezrozumiałych, przykuwających uwagę lub zaskakujących, tym mniejszy odczuwamy komfort. Lubimy słuchać tych piosenek, które dobrze znamy i nie inaczej jest w przypadku pejzaży dźwiękowych.

Każdy z nas oswoił sobie pewne środowiska dźwiękowe, choć nie każdy musi zdawać sobie z tego sprawę. W tej swojej ciszy (domu, ogrodu, podwórka, ulicy, działki) najlepiej wypoczywamy, w niej najlepiej nam się pracuje i do niej najchętniej byśmy wracali. Skoro robimy w tych miejscach zdjęcia, powinniśmy tym bardziej nagrywać ich pejzaże dźwiękowe. Jedno takie silnie osobiste nagranie (zrobione latem w ogrodzie przy domu rodziców) służyło mi przez całą kończącą się zimę jako tło do pracy – mogłem siedzieć w słuchawkach przez parę godzin odtwarzając je w zapętleniu. Już po kilkunastu minutach wpadałem w rodzaj schizofonicznego transu, gubiłem dźwiękowy kontekst rzeczywistego miejsca pracy i zapadałem się w atmosferę ogrodu. Okazuje się, że idea „taśm relaksacyjnych” wcale nie jest głupia – sęk w tym, że trzeba je samemu dla siebie wyprodukować.

Kolejnym pomysłem na „odprzemysłowienie” moich nagrań były próby zarejestrowania dźwięków, które towarzyszyły człowiekowi od zawsze i przez to nabrały pewnej symbolicznej, czy też archetypicznej mocy. Wpatrujemy się w ogień, ale przecież doświadczamy go też pozostałymi zmysłami, w tym również słuchem. Jest w brzmieniu płomieni coś niepokojącego i przytulnego zarazem. Trudno nazwać ten dźwięk relaksującym – on raczej hipnotyzuje. Poniżej „wesoły trzask” – jak lubią pisać literaci – brzozowego ognia w kominku.

Dźwiękiem strukturalnie dość podobnym, a jednak przywołującym zgoła odmienne uczucia jest deszcz. Ilekroć słucham tego czterominutowy zapisu ulewy bębniącej o dach samochodu, odczuwam przemożną ochotę, aby schować się w jakimś bezpiecznym miejscu. Uderzenia pojedynczych kropel wody o blachę składają się na stochastyczną fakturę brzmieniową, która stopniowo – w miarę wzmagania się deszczu – nabrzmiewa od selektywnej dźwiękowej „kaszy”, z której potrafimy wyodrębnić poszczególne krople, do intensywnego ciężkiego szumu, którego nie powstydziłby się zapewne niejeden noisowiec. Swoiste naturalne studium psychoakustyczne.

Na przeciwległym, w stosunku do młotów pneumatycznych, biegunie moich zeszłorocznych fascynacji znalazły się natomiast dźwięki zwierząt. Biofonia stanowi dla mnie całkowicie nowy wszechświat, na który otworzyła mnie lektura The Great Animal Orchestra Berniego Krause’a. Nagrywanie dźwięków przyrody to również najtrudniejsza gałąź field recordingu, w której niełatwo osiągnąć zadowalające efekty. Poniżej załączam jedynie skromny przegląd ptasich możliwości. Dźwięk na pierwszym nagraniu – przypominający trochę darcie prześcieradła – wydaje oswojona młoda sowa płomykówka.

Nie do końca oswojone, ale również w jakimś stopniu zależne od człowieka są za to tabuny dokarmianych zimą miejskich ptaków. Poniższy fonofelieton podsłuchuje zimową scenkę rodzajową z udziałem dwojga starszych ludzi i ponad stu sztuk różnorakiego ptactwa (od gołębi po rybitwy). Warto dodać, że podobna scena powtarza się dzień w dzień od dwudziestu lat na jednym z podwórek warszawskiego Mariensztatu.

I jeszcze jeden pejzaż, tym razem, wprost anty-miejski. Pospolity i być może przez to nie rozpatrywany zbyt często pod kątem swych walorów estetycznych. Solistą jest tu kogut (nie byle jaki, bo zielononóżki), za raban na początku nagrania odpowiedzialne są dwie perliczki [[wcześniej było „indyczki”, popr. 22.09.13]], w tle zaś słychać dość leniwy chór pozostałych mieszkańców kurnika.

Wspomniany już Bernie Krause namawia wszystkich do samodzielnego nagrywania naturalnych pejzaży dźwiękowych. Field recording uważa przy tym za najlepszą szkołę szacunku dla środowiska dźwiękowego. Nagrywając dowolne dźwięki zmuszeni jesteśmy w pierwszej kolejności ocenić walory środowiska dźwiękowego, w którym się znajdujemy (czym jest w danej sytuacji cisza, czym hałas, co jest dźwiękiem pożądanym, a co wadzi i niweczy nasze wysiłki). Chcąc rejestrować dźwięki „przyrody” musimy zadać sobie także pytanie, ile jest w tym „naturalnym pejzażu dźwiękowym” samej natury. Omówione już wyżej nagranie podmiejskiego ogrodu – które ja gotów byłbym uznać za ciche – zawiera przecież nie tylko głosy ptaków, plusk wody, szum drzew oraz brzęczenie owadów, ale też huk samolotu i warkot kilkunastu silników spalinowych.

Próbka poniżej doskonale ilustruje natomiast, jak jeden pracujący w oddali traktor potrafi „zatruć” potencjalnie wartościowy zimowy pejzaż dźwiękowy porośniętego wysokimi trawami mazurskiego mokradła.

Tym samym z opowieści o zeszłorocznym pejzażu dźwiękowym zrobiła się opowieść o jego nagrywaniu… i dobrze. Field recording jest w końcu formą aktywnego zmagania się z środowiskiem dźwiękowym. To nie tylko – o czym pisałem na początku – technika psychicznej samoobrony przed hałasem, ale też sposób pogłębionej kontemplacji pejzażu dźwiękowego. Przez słuchawki słychać więcej i wyraźniej. Mikrofony, podobnie jak Słuchawy Katarzyny Krakowiak, pozwalają też nadać słyszeniu bardzo konkretny kierunek, zlokalizować i „wymacać” brzmienia wypełniające daną przestrzeń. W efekcie powstaje zapis, który możemy następnie odsłuchać, przetworzyć, zapętlić, dokładnie przeanalizować, przesłać znajomym, opublikować, zarchiwizować, zapomnieć lub skasować, a nawet zgubić lub stracić.

Kończąc warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię, która dotyczy tym razem samego aktu nagrywania. Poruszając się wśród ludzi z recorderem i słuchawkami na uszach – jak słusznie zauważa Krakowiak w odniesieniu do teatralności swych Słuchaw – zwracam na siebie uwagę i manifestuję całym sobą, że słucham. Field recording jest więc, szczególnie w przestrzeni publicznej,  rodzajem performance’u, wejściem w pewną rolę. Nagrywając, dosłownie: „zamieniam się w słuch”.

w Kulturze Liberalnej nr. 225 i 226 (18 i 19/2013):
MARCINIAK: 366 dni nieustannego słuchania (cz. 1)
MARCINIAK: 366 dni nieustannego słuchania (cz. 2)

Reklamy

skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s