2011 (?) KONTEKSTY – subiektywne podsumowanie roku

Rok w muzyce to raczej dość abstrakcyjna miara czasu. Miniony rok – rozumiany jako cyfra „2011” wpisywana w nawiasie obok nazw kompozycji w programach koncertów, albo ta sama cyfra na stronie tytułowej książki, czy okładce płyty – nie ma jeszcze żadnej osobowości. Ot numer, bezbarwna etykietka pozwalająca uporządkować zjawiska na osi czasu. Czy można więc o minionym roku mówić już dziś, tak jakby był on w jakiś sposób szczególny? A nawet jeśli tak, to czy można to jakoś – bez naciągania – odnieść do muzyki?

Możliwe, że z historycznej perspektywy rok 2011 wydawać się będzie przede wszystkim rokiem rewolucji w krajach arabskich, tsunami i awarii w elektrowni atomowej w Japonii, dołka finansowego, kryzysu zaufania społeczeństw wobec instytucji publicznych i masowych protestów w krajach zachodnich… Zdarzenia te oczywiście nie mogły odbić się w sposób istotny na granej w zeszłym roku muzyce. Rządziły jednak zbiorową wyobraźnią i poprzez to mogły wywierać wpływ na odbiór muzyki przez słuchaczy. Takie – zupełnie mimowolne – osadzenie muzyki w kontekście silnie oddziałujących na emocje wydarzeń przytrafiło mi się w zeszłym roku co najmniej kilka razy i każdy z nich był dla mnie w jakiś sposób szczególny.

Berliński festiwal MaerzMusik rozpoczął się w zeszłym roku siedem dni po największym w historii pomiarów trzęsieniu ziemi w Japonii. Przedfestiwalowy tydzień wypełniły więc apokaliptyczne obrazy przedstawiające fale tsunami zrównujące z ziemią miasteczka na japońskim wybrzeżu, oraz defilada newsów na temat coraz bardziej dramatycznej sytuacji w elektrowni atomowej Fukushima I. Pamiętam gospodarzy naszego berlińskiego mieszkania wychodzących na manifestacje wzywające do zamknięcia niemieckich elektrowni atomowych, pokazywane sobie nawzajem i dyskutowane filmiki na stronach BBC przedstawiające wybuchy w budynkach kolejnych reaktorów. Gdyby nie te okoliczności, zapewne zupełnie inaczej odebrałbym zaprezentowaną na festiwalu instalację performatywną Conflux Yutaka Makino. Publiczność wpuszczona została do sporej hali w klubie Berghaim, w którego surowym, industrialnym wnętrzu odbył się noisowy koncert. O ile sama muzyka nie zrobiła na nikim większego wrażenia, o tyle stworzona przez artystę atmosfera była czymś wyjątkowym: po zamknięciu drzwi całą halę zaczął wypełniać biały dym, który początkowo rozsnuł się po podłodze, a wkrótce wypełnił już całą przestrzeń, skrócił drastycznie pole widzenia i wywołał łagodny lęk (wzmacniany przez efekty świetlne i noisowy łomot). Część ludzi stała pośród tego dymu, inni snuli się po sali trochę jak w obliczu katastrofy… Skojarzenie z najnowszymi wydarzeniami z Japonii było w moim przypadku jednym z ważniejszych elementów, które złożyły się na odbiór tej sceny. Wyobrażenie dymu i radioaktywnej pary wodnej unoszącej się nad Fukushimą na krótkimoment zlały się w moim umyśle w jedno z atmosferą stworzoną przez Yutaka Makino.

Yutaka Makino, instalacja performatywna Conflux, fot. KBM.

O ile znakomity występ samego Frederika Rzewskiego na zeszłorocznej Warszawskiej Jesieni rozpatrywałem w kategoriach czysto estetycznych, o tyle drugie zeszłoroczne spotkanie z twórczością tego amerykańskiego kompozytora niespodziewanie zabarwiło się dla mnie skojarzeniami wykraczającymi daleko poza sferę sztuki. Jesienią na Gaidzie – wileńskim festiwalu muzyki współczesnej – zespół Gaida Ensemble wykonał wraz z młodym litewskim aktorem Vainiusem Sodeiką Coming Together. Kompozycję tę napisał Rzewski w latach 70′ do fragmentu więziennego listu Sama Melville, jej kontekst historyczny zamazał się jednak zupełnie ze względu na pominięcie opisu kompozycji w książeczce programowej festiwalu (pominięto zresztą także biogram samego kompozytora). Paradoksalnie otworzyło to drogę do zupełnie świeżej i uwspółcześnionej interpretacji utworu – Coming Together na tle protestów w Madrycie, Grecji, Nowym Jorku, jako credo „oburzonego” manifestanta zdecydowanego uporczywie trwać w swoim namiocie otoczonym kordonami policji? Albo na ogólnym tle kryzysu, jako mantra znerwicowanej jednostki próbującej zachować spokój wobec pogarszającej się sytuacji ekonomicznej?


Frederic Rzewski, fragm. partytury Coming Together.

Myślę, że do takiego „uaktualnienia się” utworu przyczyniła się przede wszystkim niezwykle przekonująca interpretacja Sodeiki, która swą gorzką ironią, wewnętrzną spójnością, ekspresją i intonacyjną precyzją biła na głowę wszystkie wykonania Coming Together, które udało mi się jak dotąd wyszukać w sieci.

„Górecki a Arabska Wiosna”… – a właściwie fenomen popularności na zachodzie Symfonii pieśni żałosnych Góreckiego po 1992 roku – ktoś powinien napisać o tym książkę. O tym, jak to skomponowany naście lat wcześniej, niesamowicie długi, przeładowany mistycznymi uniesieniami utwór operujący niezrozumiałym dla nikogo polskim językiem, podbił w latach 90′ serca anglosaskiej publiczności i szturmem zdobył szczyty list przebojów w UK i USA… Z góry zaznaczam, że jestem na III Symfonię Góreckiego impregnowany – muzyka ta spływa po mnie jak po gumowym płaszczu – już o wiele bardziej wzruszają mnie piosenki z Pocahontas czy Titanica. Wysłuchanie III Symfonii Góreckiego na zakończenie zeszłorocznej Gaidy zepchnęło mnie po raz kolejny w minionym roku w stronę zdecydowanie poza-estetycznych rozmyślań i powstała wówczas w mojej głowie zupełnie luźna hipoteza na temat komercyjnego sukcesu tej kompozycji. Wielokrotnie w minionym roku porównywano Arabską Wiosnę do wydarzeń roku 1989 i upadku komunizmu w krajach dawnego Bloku Wschodniego. W każdym razie obie te narracje niewątpliwie coś łączy. Zapomnijmy na moment o aspektach estetycznych III Symfonii – czy nie było przypadkiem tak, że o popularności tego utworu zadecydowała jakaś „moda” na młode postkomunistyczne demokracje? Nagle pojawiła się na zachodnim rynku płyta (w dodatku CD) z przystępną w odbiorze muzyką jednego z tych krajów i zaczęła się sprzedawać jak ciepłe bułeczki – fetyszyzowana jako „kultura wysoka” z tej umęczonej piekłem komunizmu romantycznej krainy, której dzielni mieszkańcy zrzucili z siebie wreszcie ohydne jarzmo ucisku i wzięli sprawy w swoje ręce (?)… A jeśli choćby częściowo mam rację, to czy my nie patrzymy dziś w podobnie naiwny sposób na Egipt, Libię, Tunezję? Ciekaw jestem, czy, jak szybko i jakiego rodzaju produkty artystyczne zaczną docierać do nas z krajów Arabskiej Wiosny. Jaka będzie to muzyka, czym i jak bardzo będzie nas ona wzruszać?

Na koniec kilka słów o zeszłorocznej „politycznej” Warszawskiej Jesieni. Wydawałoby się, że wobec tematyki zeszłorocznego festiwalu, powinien on zająć w tak sprofilowanym podsumowaniu szczególne miejsce. Tymczasem trudno mi przypomnieć sobie sytuację z zeszłorocznej Jesieni, która autentycznie zagrałaby we mnie „na strunie” aktualnej polityki czy bieżących wydarzeń. W moim odbiorze kolejne punkty festiwalowego programu co najwyżej łagodnie ocierały się o szeroko pojętą rzeczywistość… Z jednym jedynym wyjątkiem wznowionej po prawie 40 latach zapomnienia Brygady śmierci Krzysztofa Pendereckiego, która wwierciła mi się w brzuch, wywróciła mi wnętrzności dołem do góry, umazała mi twarz trupim śluzem, roztrzaskała moją dziecięcą czaszkę o drzewo. Znowu piekło II Wojny Światowej wydało mi się koszmarnie aktualne, mimo stale rosnącego dystansu czasowego, który oddala nas od jej wydarzeń. Do końca życia nie zapomnę Pendereckiemu, że wstrząsnął mną do tego stopnia, że bliski byłem zwymiotowania pod fotel w filharmonii. To COŚ – bo nie można Brygady śmierci zaszufladkować jako zwykłą muzykę, melorecytację czy audycję radiową – w tym konkretnym tam i wtedy stało się dla mnie przeżyciem totalnym i zupełnie obezwładniającym. Kontrowersyjność tej kompozycji polega chyba na tym, że trudno jest wyjaśnić od strony muzycznej tak silną moc jej oddziaływania. Sam kompozytor określił Brygadę śmierci jako słuchowisko radiowe na głos recytujący i taśmę. Oś utworu stanowi nagranie recytacji Tadeusza Łomnickiego, czytającego fragmenty wojennego dziennika Leona Weliczkera – młodego lwowskiego Żyda zmuszonego przez Niemców w 1943 roku do pracy przy likwidacji zbiorowych mogił. Głos recytatora poddany został następnie w studio przetworzeniom (czasem do tego stopnia, że gubiło się znaczenie i kontekst słów). W tle kompozycję dopełniały łagodne efekty elektroniczne, pulsujące niskie dźwięki przypominające bicie serca, czasem brzmienia instrumentalne. To, co tak elektryzowało w Brygadzie śmierci, było jednak ukryte gdzieś pomiędzy poszczególnymi składnikami dzieła, pozostawało poza warsztatem. Odbiór tej kompozycji Pendereckiego stał się dla mnie chwilą niesamowicie żywej kontemplacji historii – tak jakby przeciąg z łoskotem otworzył okno pomiędzy teraźniejszością a światem opisanym przez Weliczkera. Po zakończeniu ludzie zaczęli w milczeniu opuszczać salę – niektórzy bladzi na twarzach, inni bardziej zmieszani i zbulwersowani. Nie było braw.

Wszystkie zawarte tu opisy wrażeń i myśli towarzyszących recepcji muzyki mają charakter bardzo osobisty. Są może jednym z najbardziej intymnych elementów składających się na interpretację danego utworu przez słuchacza, w związku z czym bardzo rzadko wspomina się o nich w tekstach przeznaczonych do publikacji. Nawet w pokoncertowych rozmowach wrażenia te spycha się na dalszy plan, jako pozamuzyczne, nieobiektywne lub po prostu naiwne. Są one czymś, co niezwykle szybko ulatnia się wraz z opadnięciem emocji związanych z odbiorem jakiegoś dzieła sztuki. Możliwe więc, że początkowo ze zwykłej przekory postanowiłem skupić się na nich w swoim podsumowaniu. Nie przez przypadek jednak akurat w kontekście zeszłego roku polityka i historia wkradły się tak wyraźnie do mojej percepcji muzyki. Bez wątpienia rok 2011 był rokiem ważnych wydarzeń, wydaje mi się natomiast, że oprócz swojej wagi wydarzenia te były również wyjątkowo spektakularne. Wszelkie masowe protesty, walki uliczne, powstania i działania wojenne noszą przecież znamiona działań teatralnych, a trudno wyobrazić sobie bardziej frapującą scenografię niż ta, jaką zaprojektowało w zeszłym roku japońskie tsunami. Daleki jestem rzecz jasna od kliknięcia w „lubię to”, ale coś w tym jest, że – mało widowiskowa – susza w Somalii wzbudziła w nas słabszy rezonans niż obiektywnie mniej tragiczne (jeśli chodzi o liczbę ofiar) skutki trzęsienia ziemi w Japonii. Fakt, że wszystkie te wydarzenia znamy przeważnie tylko z ekranu komputera, prasy lub telewizji sprawia, że jedynie cienka linia rozsądku oddziela je od wytworów artystycznej kreacji. Wystarczy chwila nieuwagi, aby te dwie kategorie zaczęły się wzajemnie przenikać i mieszać ze sobą.

Krzysztof Marciniak

Reklamy

skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s